Dziś koło
południa zaczęło się wybudzanie Piotrusia, czyli zatrzymano
podawanie leków nasennych. Chirurg, który go operował twierdzi, że
badanie tomografem nie wykazało żadnych komplikacji. Magda
dopytywała, czy guz zniknął (ufając w to, że Pan zechce go
uzdrowić). Jak dotąd guz jest (konkretnie jego niezoperowana
część). Chirurg podał trochę dodatkowych szczegółów dot.
operacji - że takie guzy to rzadkość i trafiają się w jego
praktyce średnio raz na rok (a robi tygodniowo kilka operacji mózgu,
zwykle dwie w czasie każdego dyżuru). Zaskoczeniem było to, że
guz 'dał się operować'- bo zwykle przy tym umiejscowieniu próby
usuwania szybko trzeba zakończyć z powodu słabnięcia akcji serca
czy zatrzymywania się oddechu. Guz wręcz 'zmuszał' do usuwania go,
bo krwawił, a jednocześnie nic się nie działo złego z oddechem
czy krążeniem. Dlatego wycięli maksymalnie dużo i zatrzymali się
dopiero w momencie, gdzie krwawienie ustąpiło, a guz już mieszał
się wyraźnie z pniem mózgu i dalsze jego wycinanie było
niemożliwe bez uszkadzania pnia. W opinii chirurga gdyby guz jednak
okazał się niezłośliwy, to byłaby szansa na skuteczne leczenie
chemioterapią. Wynik badania histopatologicznego powinien być koło
czwartku.
Byliśmy z Magdą
u Piotrusia przed 21.00. Początkowo mogliśmy stać tylko w progu
sali, bo czekaliśmy na lekarza (on decyduje, czy rodzice mogą
podejść do dziecka). Gdy zaczęliśmy do niego mówić z
odległości, to zareagował podnoszeniem rączek i ruchami nóżek.
Ręce ma przywiązane do łóżeczka, by nie powyrywać tych
wszystkich rurek i czujników. W końcu lekarz przyszedł i pozwolił
nam podejść. Piotruś otwiera oczka, ale chyba jeszcze niewiele
widzi. Rusza brwiami, stopami, otwiera dłonie. Na prośbę
pielęgniarki ('Ściśnij Piotrusiu rączkę cioci') stara się
grzecznie zacisnąć piąstkę. Wg chirurga wybudza się ładnie. Z
kolei anestezjolog obawia się, że jeszcze dziś nie będzie miał
sił oddychać samodzielnie, więc do rana na pewno będzie
zaintubowany. Panie, daj mu siłę!!! Pielęgniarka przekręciła go
przy nas na bok i Piotrusia musiało to zaboleć: poleciały mu łzy
i zrobił się czerwony. Ciężko było nam na to patrzeć. Wyglądało
w pewnym momencie, jakby odkaszlnął - a to jeden z odruchów, na
który też czeka lekarz.
Pomodliliśmy się
chwilę nad nim. Opowiedziałem mu historię o zmartwychwstaniu: jak
najpierw kobiety odwiedzały pusty grób, a potem Piotr i Jan itd.
Widać było, że słucha. Starał się też mnie łapać za rękę.
Po takich chwilach aktywności odpływał znów w sen czy półsen.
Spokojnie przyjął nasze słowa pożegnania, gdy wychodziliśmy.
Przy główce
Piotrusia już wcześniej położyliśmy obrazek Jana Pawła II z
relikwiami, który dostaliśmy od szpitalnego kapelana. Ufamy w jego
wstawiennictwo u Boga.
Codziennie Pan Bóg
przysyła do nas 'aniołów', którzy są przy nas, wspierają
świadectwami, modlą się, zajmują Bogusiem, przynoszą jedzenie...
Dziękujemy Wam za
nieustanną modlitwę za Piotrusia i za nas - naprawdę czujemy mocno
to wsparcie i jesteśmy Wam ogromnie wdzięczni i poruszeni tym, że
nam towarzyszycie w tej walce! Prosimy Was też o modlitwę za
Bogusia - kilka razy mocno wymiotował i słabo je, lekarz stwierdził
jakiś nieżyt żołądka. Magda ma się lepiej. Bóg zapłać za
wszystko, co dla nas robicie!
Zdjęcie:
intensywna terapia – początek wybudzania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz